Spojrzałam surowo na Jonathana.
-Stara miłość nie rdzewieje... Podobno. -powiedziałam.
-To nie była miłość. -stwierdził Jace.
-Czyli każda dziewczyna jest dla Ciebie przelotna? -spytałam i podeszłam do niego bliżej.
-Do przelecenia? Tak. -zaśmiał się i pogłaskał mnie po policzku, a ja uderzyłam go w brzuch,
-Patrz. -przerwała nam Meg. -Tutaj nawet jest wasze serducho. -wskazała na duże serce wyryte na drzewie. -Dziwne, że jeszcze żyje. -zaśmiała się. Jonathan westchnął. Nie wiedziałam czy ze względu na dobre wspomnienia czy na złe.
-A mi nie dałeś żadnego miśka. -jęknęłam, udając naburmuszenie. Kłamstwo wychodziło mi jak do tej pory najlepiej. Chyba.
-Mogę dać... Może być nawet z własnych włosów. -stwierdził. Znów uderzyłam go w brzuch. Nagle obok nas spadła strzała. Szybko wsiedliśmy na konie i schowaliśmy się w pierwszym lepszym domu. Z małego okienka widać było kobiecą postać. Twarz miała schowaną za kominiarkę, a za nią jechały następne kobiety. Po chwili jednak przywódczyni nas znalazła. Wyciągnęła na słońce i już miała zabić, gdy zatrzymała się przy Jonathanie. Razem z Meg spojrzałyśmy na nią.
-Jonathan? -spytała zszokowana. Wtedy zdjęła kaptur. Miała piękne brązowo-rude włosy i zielone oczy. Na lewym policzku widniało jakieś znamię, ale wbrew pozorom dodawało jej jeszcze większej urody.
-Znamy się? -spytał podejrzliwie Jace.
-Nie poznajesz mnie?! To ja Amber! -przytuliła go. Wymieniłam zdumione spojrzenie razem z Meg, a zaraz potem spojrzałam zdziwiona na Jonathana.
Jace? :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz