poniedziałek, 9 listopada 2015

Od Kingi CD Jace'a

Myślałam, że nieźle musieli mi przywalić skoro widzę, że Jonathan mnie ratuję. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to jednak prawda. Gdy byliśmy na bezpiecznej odległości, Jace powoli zszedł konia i pomógł mi zejść.
-Nie potrzebowałam pomocy. -mruknęłam masując ślady po sznurach. Zerknęłam na jego minę, po czym spuściłam wzrok.
-Nie podziękujesz? -spytał i podszedł bliżej. Wyciągnął chusteczkę i zaczął mi wycierać twarz. Spojrzałam na jego piękne oczy, nic nie mówiąc.
-Zaraz. -odsunęłam się trochę przerażona od Jonathana. -Tam są chyba moje zwierzaki. -zaczęłam panikować. Chciałam tam od razu wracać, ale Jace złapał mnie za ręce i przytrzymał.
-Chyba? -powtórzył.
-No... nie wiem czy tam są. Nie wiem... -jęknęłam przerażona. Dragon i Drops były całym moim światem.
-Okej... Może najpierw sprawdźmy w obozie? -próbował mnie uspokoić ale na próżno.
-Nie! Lepiej sprawdźmy czy ich tam nie ma, bo potem może być za późno. -plątałam słowa i mówiłam nie stylistycznie.
-Ilu ich tam jest? -spytał.
-Nie wiem, ale chyba kilkanaście.
-To twoje niezdecydowanie. -mruknął i puścił mnie. Westchnął ciężko po czym wsiadł na konia. Podał mi rękę, po czym i ja usiadłam. Przytuliłam się do jego pleców i zamknęłam oczy. Dlaczego zawsze sprawiam same kłopoty? Po dłuższej chwili byliśmy z powrotem. Schowaliśmy się zza zniszczonymi murami i liczyliśmy ile osób widzieliśmy. Na zewnątrz było ich siedmioro. Z oddali usłyszałam rżenie mojego ogiera. Popatrzyłam wystraszona na Jonathana. Przewrócił oczami i kazał powoli i cicho iść za nim. Przytaknęłam i ruszyłam. W skradaniu się byłam całkiem niezła. Nagle jednak coś dotknęło mojego ramienia. Wyciągnęłam nóż i już miałam zadać śmiertelny cios gdy okazało się, że to tylko Meg, a za nią Amber. Pokazałam znak by były cicho, a Amber wymienili się dziwnymi spojrzeniami. Postanowiłam nie wnikać. Przecież z nami koniec... Chyba. Po chwili było już 4 strażników mniej. Oczywiście nie miałam serca zabić, więc tylko zniwelowaliśmy ich na czas nieokreślony. Pozostała trójka poszła bezproblemowo. Przez małą szczelinę zauważyłam, że cała reszta siedzi w środku. Za nimi stały przywiązane konie i mały Drops, który siedział w rogu. Słychać było, że porywacze rozmawiają jak znaleźć obóz. Nasz obóz. Ciekawiło mnie tylko po co.
-Nie możemy wejść. Oni mają broń. -powiedziałam, ale Jonathan z Amber tylko cicho się zaśmiali. Zaczęliśmy od pierwszego piętra. Było ich tam trzech. Wszyscy oprócz mnie mieli broń.
-Ty tu zostań i poczekaj. -rozkazał Jace.
-Nie możesz mi rozkazywać. -mruknęłam oburzona.
-Niech idzie. -Amber uśmiechnęła się chamsko. Miałam ochotę jej przywalić, ale się powstrzymałam. Wiedziałam, że robi to tylko po to żeby zaimponować Jonathanowi. Jace ruszył pierwszy a za nim Meg i Amber. Zostałam w miejscu, ale nie chciałam pozostać bezczynnie.
Zauważyłam, że Alex wyszedł poza budynek. Strzelanina się zaczęła. Konie potwornie rżały, a ja również ruszyłam na intruzów. Miałam sam miecz, ale umiałam się obronić przed pociskami. Nagle zauważyłam, że Amber skończyły się pociski i Roger ją postrzelił. Jonathan jednak zadał ostateczny cios, który przyniósł mu bolesną śmierć. Podbiegł do Amber, a ja i Meg za nim.
-Wyjdzie z tego? -spytałam patrząc jak siostra Jonathana zaczyna tamować krwotok.
-Miała dużo szczęścia. -odpowiedziała. Jace kucnął obok i zaczął przytrzymywać Amber, która nagle zaczęła się potwornie rzucać. Dopiero, gdy się do niego przytuliła była całkiem spokojna. Została trafiona w lewy obojczyk. Jonathan wziął ją na ręce i zaczął nieść. Byłam wściekła i zazdrosna, ale nie miałam już sił żeby zajmować się głupią brunetką. Poszłam uwolnić Dragona i Dropsa. Przy okazji wypuściłam inne rumaki. Gdy wyszliśmy poza prowizoryczny budynek nigdzie ni było widać Alexa. Miałam nadzieje, że się nie pojawi, bo wiem co go czeka-mianowicie pewna śmierć.

Jace? :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz