Myślałam, że nieźle musieli mi przywalić skoro widzę, że Jonathan mnie ratuję. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to jednak prawda. Gdy byliśmy na bezpiecznej odległości, Jace powoli zszedł konia i pomógł mi zejść.
-Nie potrzebowałam pomocy. -mruknęłam masując ślady po sznurach. Zerknęłam na jego minę, po czym spuściłam wzrok.
-Nie podziękujesz? -spytał i podszedł bliżej. Wyciągnął chusteczkę i zaczął mi wycierać twarz. Spojrzałam na jego piękne oczy, nic nie mówiąc.
-Zaraz. -odsunęłam się trochę przerażona od Jonathana. -Tam są chyba moje zwierzaki. -zaczęłam panikować. Chciałam tam od razu wracać, ale Jace złapał mnie za ręce i przytrzymał.
-Chyba? -powtórzył.
-No... nie wiem czy tam są. Nie wiem... -jęknęłam przerażona. Dragon i Drops były całym moim światem.
-Okej... Może najpierw sprawdźmy w obozie? -próbował mnie uspokoić ale na próżno.
-Nie! Lepiej sprawdźmy czy ich tam nie ma, bo potem może być za późno. -plątałam słowa i mówiłam nie stylistycznie.
-Ilu ich tam jest? -spytał.
-Nie wiem, ale chyba kilkanaście.
-To twoje niezdecydowanie. -mruknął i puścił mnie. Westchnął ciężko po czym wsiadł na konia. Podał mi rękę, po czym i ja usiadłam. Przytuliłam się do jego pleców i zamknęłam oczy. Dlaczego zawsze sprawiam same kłopoty? Po dłuższej chwili byliśmy z powrotem. Schowaliśmy się zza zniszczonymi murami i liczyliśmy ile osób widzieliśmy. Na zewnątrz było ich siedmioro. Z oddali usłyszałam rżenie mojego ogiera. Popatrzyłam wystraszona na Jonathana. Przewrócił oczami i kazał powoli i cicho iść za nim. Przytaknęłam i ruszyłam. W skradaniu się byłam całkiem niezła. Nagle jednak coś dotknęło mojego ramienia. Wyciągnęłam nóż i już miałam zadać śmiertelny cios gdy okazało się, że to tylko Meg, a za nią Amber. Pokazałam znak by były cicho, a Amber wymienili się dziwnymi spojrzeniami. Postanowiłam nie wnikać. Przecież z nami koniec... Chyba. Po chwili było już 4 strażników mniej. Oczywiście nie miałam serca zabić, więc tylko zniwelowaliśmy ich na czas nieokreślony. Pozostała trójka poszła bezproblemowo. Przez małą szczelinę zauważyłam, że cała reszta siedzi w środku. Za nimi stały przywiązane konie i mały Drops, który siedział w rogu. Słychać było, że porywacze rozmawiają jak znaleźć obóz. Nasz obóz. Ciekawiło mnie tylko po co.
-Nie możemy wejść. Oni mają broń. -powiedziałam, ale Jonathan z Amber tylko cicho się zaśmiali. Zaczęliśmy od pierwszego piętra. Było ich tam trzech. Wszyscy oprócz mnie mieli broń.
-Ty tu zostań i poczekaj. -rozkazał Jace.
-Nie możesz mi rozkazywać. -mruknęłam oburzona.
-Niech idzie. -Amber uśmiechnęła się chamsko. Miałam ochotę jej przywalić, ale się powstrzymałam. Wiedziałam, że robi to tylko po to żeby zaimponować Jonathanowi. Jace ruszył pierwszy a za nim Meg i Amber. Zostałam w miejscu, ale nie chciałam pozostać bezczynnie.
Zauważyłam, że Alex wyszedł poza budynek. Strzelanina się zaczęła. Konie potwornie rżały, a ja również ruszyłam na intruzów. Miałam sam miecz, ale umiałam się obronić przed pociskami. Nagle zauważyłam, że Amber skończyły się pociski i Roger ją postrzelił. Jonathan jednak zadał ostateczny cios, który przyniósł mu bolesną śmierć. Podbiegł do Amber, a ja i Meg za nim.
-Wyjdzie z tego? -spytałam patrząc jak siostra Jonathana zaczyna tamować krwotok.
-Miała dużo szczęścia. -odpowiedziała. Jace kucnął obok i zaczął przytrzymywać Amber, która nagle zaczęła się potwornie rzucać. Dopiero, gdy się do niego przytuliła była całkiem spokojna. Została trafiona w lewy obojczyk. Jonathan wziął ją na ręce i zaczął nieść. Byłam wściekła i zazdrosna, ale nie miałam już sił żeby zajmować się głupią brunetką. Poszłam uwolnić Dragona i Dropsa. Przy okazji wypuściłam inne rumaki. Gdy wyszliśmy poza prowizoryczny budynek nigdzie ni było widać Alexa. Miałam nadzieje, że się nie pojawi, bo wiem co go czeka-mianowicie pewna śmierć.
Jace? :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz