Biegłam ile tylko miałam sił w swojej popieprzonej dupci. Kto wiedział co on chciał tam zrobić? Pomyśleć, że to wszystko prze zemnie! Kot wbiegł do jakiegoś wygasłego bloku. Wbiegał za nim i zobaczyłam, że siedzi na krawędzi połykając wilczą jagodę. Podbiegłam cała we łzach. Był nadal przytomny, więc wstał i z łatwością mnie odepchną i upadłam na ziemię nabijając się na wystający drut. Wbił mi się prosto w nogę, ale to była najmniej ważne. Szybko wygramoliłam się z drutu i podbiegłam do upadającego Jonatana.
-Co teraz? Co teraz?! -krzyczałam sama do siebie. Nigdy nie miałam styczności z Wilczymi Jagodami, a nawet nie wiedziałam ile ich zjadł. Jego kot siedział obok nas i patrzył się błagalnym wzrokiem. Szybko złapałam go za ramiona i ciągnęłam po ziemi na dół budynku. Ledwo go targałam i musiałam go nieźle obić o schody, ale wreszcie doniosłam bezwładne ciało poza budynek. Włożyłam dwa palce do jego gardła, by spowodować odruch wymiotny, ale nie podziałało. -Co za skurwiel!! -krzyknęłam i walnęłam Jonatana w rękę. Zaczęłam się miotać i bić go, ale nagle podleciał do nas jakiś chłopak.
-Co mu jest? -spytał sprawdzając reakcję oczów na światło (miał latarkę - o dziwo).
-Zjadł wilcze jagody! -krzyknęłam i odsunęłam się od Jonatana pozwalając dojść chłopakowi do ciała. Wyglądał na jakieś 19 lat, ale nie mogłam go dokładnie zobaczyć, bo był środek nocy.
-Ile? -spytał. Cały czas zachowywał spokój, a ja panikowałam.
-Nie wiem, ale na pewno kilka... -kopnęłam Jonatana w kostkę, by sprawdzić by czasem się nie obudzi. Obcy tylko się zaśmiał.
-Spokojnie... Na szczęście zawsze noszę odtrutkę, która spowoduje, że zwymiotuje i obudzi się. -wlał do gardła Jace'a trochę jakiegoś napoju. Po ok, minucie Jonatan zaczął się krztusić i wypluł zmielone już jagody. Miałam ochotę walnąć go i zostawić, ale w końcu to wszystko stało się z mojej winy.
-Już po wszystkim... -wstał chłopak i podszedł bliżej mnie. Rzuciłam się mu na szyję w podzięce.
-Jestem twoją dłużniczką. -uśmiechnęłam się i otarłam łzy.
-Chodźcie ze mną... Nie daleko mam tutaj obóz, więc zjecie coś. -zaśmiał się i pomógł wstać Jonatanowi.
-Jeśli tylko nas zapraszasz. -odwzajemniłam uśmiech.
-Nigdzie... nie idę. -sapał Jace. Oboje nie zwracaliśmy na jego gadki i pomogliśmy mu wstać, a potem udaliśmy się na północ. Szliśmy przez jakiś las, aż doszliśmy do pięciu małych domków. Na środku placu paliło się ognisko i siedziało siedmiu chłopaków i dwie dziewczyny. Jedna z nich widząc nas podbiegła i wzięła od nas Jonatana. Poszedłam za nią, ale Obcy mnie zatrzymał.
-Jest pod dobrą opieką. Spokojnie. Usiądź z nami. -objął mnie ramieniem. Czułam się troche zawstydzona, ale jak się potem okazało byli to bardzo sympatyczni obozowicze. Obcy nazywał się Alex i miał 20 lat. Założył ten obóz dla takich jak ja i Jonatan. potem postanowiłam odziewdzić mojego chłopaka i weszłam do środka domku. To co zobaczyłam trochę mnie przeraziło.
-Oh... -syknęłam, a Jonatan szybko odsunął się od dziewczyny. CAŁOWALI SIĘ! Oczywiście zachowałam spokój, bo nie chciałam się z nim kłócić. -Przepraszam. -szybko wycofałam się i wróciłam do Alexa. Udawałam jakby nic nie zaszło...
-Zostańcie na dłużej! -zaproponował jeden z kolesi siedzących obok mnie.
-No właśnie. -poparł go Alex. Uśmiechnęłam się.
-Nie wiem co na to Jonatan, ale ja jestem chętna. -zaśmiałam się.
Jonatan?
<uratowałam Cię :> może zostaniemy u nich na dwa dni?? :D>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz