Byłam jeszcze lekko w szoku. Stałam na środku drogi wtulona w ramiona
Jonatana, a obok nas leżeli ludzie... martwi ludzie. Obok nich były
kałuże krwi. Wszystko działo się szybko i było przerażające.
-To... jest.. okropne... -ledwo wydusiłam z siebie te słowa.
-Mogli nie zaczynać. -uśmiechnął się i założył mi kosmyk włosów za ucho, a potem lekko pocałował.
-A ja mogłam jakoś uciec! Przecież po to uczyłam się walczyć!
-krzyknęłam odsuwając się od Jonatana. Podeszłam do jednego z martwych
ciał i kucnęłam zamykając mu oczy.
-Nie mogłaś nic zrobić. -próbował mnie pocieszyć, ale czułam się winna
ich śmierci. Każdy musi teraz ze sobą walczyć, by nawet cokolwiek zjeść!
-Mam do Ciebie prośbę... -wstałam i podeszłam bliżej Jonatana.
-Tak? -spytał.
-Możemy ich chodziarz pochować? Proszę... Czuje się winna ich śmierci.
-po policzku spłynęła mi łza. Pośpiesznie ją wytarłam i popatrzyłam
błagalnie na Jonatana.
Jonatan?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz