Zmarszczyłam czoło i zagryzłam mocniej zęby. To zdecydowanie nie byli ludzie, wyglądali obleśnie. Ich twarze przypominały miazgę, a z ust wypływała im krew. Wyciągnęłam sztylet i przyjęłam pozycję ataku. Uśmiechnęłam się wrednie - w końcu coś się dzieje.
- Zaczekaj! - usłyszałam głos Jace'a, ale byłam już daleko od niego. Zmierzałam na obcych z zamiarem ich zabicia. Pierwszego powaliłam bez trudności, drugiego tak samo. Niestety reszta zaczęła zadawać ciosy. Leżałam na ziemi lekko omamiona ciosem w głowę i z wymierzoną siekierą na moją głowę. Zasłoniłam się rękami, ale cios nie nadszedł. Odsłoniłam się by zobaczyć dlaczego. Przede mną stał Jonathan, który powalił dziwoląga. Dwóch pozostałych obaliliśmy bez większych problemów.
- Nieźle się spisałeś - uśmiechnęłam się, strzepując ręce z kurzu. Spojrzałam uradowana na Jace'a.
- Miałaś uważać - mruknął. Miał poważną minę, zamyślił się. Szturchnęłam go w łokieć i dopiero wtedy ocknął.
- Mam Cię powoli dość - przewróciłam oczami, ale zaraz potem spoważniałam. - Nie powiedziałeś mi do kogo i po co idziemy - oblizałam usta, które wyschły.
Jace?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz